piątek, 14 lipca 2017

OBIETNICA



OBIETNICA

Waldemar Kłopotek jechał tramwajem numer 10 do domu i był bardzo niezadowolony. Przede wszystkim dlatego, że ludzie wciąż coś mu obiecywali i notorycznie nie dotrzymywali danego słowa. Było to dla niego zachowanie nie do zniesienia. On – jak już coś obiecywał – to na mur!
- Będę tam i zrobię to – chyba że umrę! – Brzmiała jego dewiza, której trzymał się całe życie. A ponieważ żył nadal, ona też ciągle działała.
Inni osobnicy rodzaju ludzkiego ciągle jednak zawodzili Waldemara i to boleśnie. Na przykład jego żona, Karolina. Ta w gruncie rzeczy dobra kobieta wciąż zmieniała zdanie! Jak można być tak niezdecydowanym?
- Zrobię dziś na obiad pierogi ruskie! – mówiła mu rano, gdy wyruszał do pracy. Waldemar cały dzień pieścił więc w myślach wizję pulchnych, polanych masełkiem pierożków. A gdy przychodził do domu, co zastawał na stole? Zrazy z kapustą!
- Dlaczego? – pytał z rozpaczą małżonki.
- Zmieniłam zdanie – odpowiadała niefrasobliwie, a on tracił wówczas apetyt.
Tego dnia zdążał do domu zdenerwowany, bo przekonany, że znów dobije go zmiana zdania żony związana z codziennym menu. Mimo wszystko nadzieja umiera ostatnia.
- Zrobiłaś naleśniki? - spytał więc smętnie już na progu.
- Naleśniki? Nie, dziś jest pomidorowa i pulpety z wczoraj... Czasu nie miałam, żeby się tak bawić!
- Zawsze tak jest, zawsze – poskarżył się Waldemar swojemu odbiciu w lustrze – Czyż świat nie byłby lepszy i piękniejszy, gdyby wszyscy dotrzymywali raz danego słowa? Takich ludzi, którzy tego nie robią, to ja bym... ech...
Odbicie nic mu na to nie odpowiedziało, bo nie taka była jego rola i kompetencje. Popatrzyło tylko żałośnie. Waldemar westchnął i poszedł zjeść obiad. A potem się zdrzemnął. Obiecał to sobie przecież już z samego rana.
Długo nie mógł zasnąć, być może z powodu nadciągającej nad miasto burzy. Gorąco się jakoś zrobiło i duszno.
- A prognozy mówiły, że będzie deszcz i się ochłodzi! - pomyślał jeszcze z żalem Waldemar, po czym litościwa czerń snu odebrała mu wreszcie zmysły... Zasnął i śnił, uśmiechając się lekko pod wąsem...
... ale obudził się, szarpany za ramię. Było to dziwne uczucie. Karolina budziła go zwykle, lekko poklepując w głowę czytaną akurat gazetą. A tu taka przemoc? Za co?
Zerwał się więc na równe nogi i... oniemiał. Drzemał bowiem nie na własnym tapczanie, ale na soczystej, zielonej i niezwykle równo przystrzyżonej trawie. Był... był na stadionie miejskim. Jakże pięknym! Jakim eleganckim!
- Co to? Gdzie jestem? Karo...lina? - wyszeptał oniemiały.
- Witamy, witamy! - przez trawnik podążał ku niemu jakiś nieznany, lecz wbity w garnitur mężczyzna – Przepraszam za OOO89! – Kiwnął głową na człekokształtnego robota, który stanął skromnie obok – Jest nieco rozregulowany i czasem zbyt entuzjastycznie podchodzi do swoich obowiązków. Jednak przecież obiecałem, że pana obudzę!
- Tak, tak, oczywiście – odrzekł na to trochę udobruchany Waldemar. Ktoś wreszcie dotrzymał obietnicy, choćby on sam nic o niej nie wiedział ani też o niej nie pamiętał. To było takie... odświeżające!
- Już pora na ceremonię! - dodał mężczyzna z ukłonem.
- Jaką ceremonię?
- Ależ, panie prezydencie – zaśmiał się jego rozmówca – Obiecał pan naszemu ludowi, że osobiście weźmie pan w niej udział! Jak zawsze!
- Oczywiście, oczywiście. Tylko sprawdzałem, czy pamiętacie! – Waldemar postanowił na razie nie zadawać pytań. Na pewno wszystko się niebawem wyjaśni.
Został zaprowadzany do cichego pomieszczenia, gdzie jacyś ludzie podali mu śnieżnobiały garnitur. Na koniec został przepasany złotą wstęgą z państwowym godłem i wyprowadzony na trybuny. Pod nim rozciągał się kolejny równiutko przystrzyżony trawnik, a na nim rzędem stało z dziesięć osób. W odróżnieniu od innych, kuliły się, spuszczały głowy i wstydziły się.

- Teraz odbędzie się sąd publiczny! – oznajmił towarzysz Waldemara, jego asystent i prawa ręka – W naszym znakomicie zorganizowanym społeczeństwie, nie ma czegoś takiego jak czcze obietnice. Każdy, kto tak czyni, naraża się na...
... surową karę! – podpowiedział zadowolony Waldemar. Z jednej strony chyba mu się to śniło, ale z drugiej – ogromnie się mu w tym śnie podobało!
- Tak powiedział prezydent! Słowo jest prawem. Nie ma miejsca na błędy! Ani na jakieś tam sądy. Głos ludu, głosem sprawiedliwości!
Zza ogrodzeń podniosła się wrzawa i oklaski. Jakieś dzieci machały wesoło chorągiewkami z papieru.
- Co zrobili ci ludzie? – zapytał Waldemar, siadając na wygodnym fotelu.
- Są złoczyńcami – odrzekł jego towarzysz ze zgrozą i obrzydzeniem.
- Oto Klara – kelnerka. Obiecała klientowi w kawiarni, że przyniesie sok malinowy dla jego dziecka. Lecz o tym zapomniała. O czym zapomniałaby jutro? Może zakręcić gaz w kuchni? Może wysadziłaby w powietrze cały blok, w którym jest kawiarnia? – Ktoś wypchnął przed szereg bladą kobietę w czarnej sukni z białym fartuszkiem – Czy jest winna? – wrzasnął pomocnik Waldemara.
- Winna! – zawył tłum.
- Litości! – zawołała kobieta, ale nikt jej nie słuchał.
- Oto Piotr! Wczoraj zapomniał donieść do urzędu ważne zaświadczenie. Przez niego sześciu urzędników musiało dłużej zostać w pracy! Czy jest winny?
- Tak! Winny!!!
Waldemar słuchał i oglądał to wszystko z niemałą satysfakcją. Tak, tak właśnie należało karcić tych, którzy nie dotrzymują słowa! Niech się wreszcie nauczą.
Odwrócił się na chwilę, aby powiedzieć coś do ludzi stojących za nim, gdy nagle usłyszał dziwny zgrzyt, trzask i jęk, a potem coś ciepłego ochlapało mu twarz. Przetarł ją ręką i popatrzył ze zdumieniem. Dłoń była cała czerwona... tak samo jak śnieżnobiałe, galowe ubranie. A gdy spojrzał przed siebie, zobaczył to, co leżało na trawniku.
- Ćwiartowanie fachowe i z odpowiednią grozą – ocenił jego towarzysz, wycierając się starannie śnieżnobiałą chustką – Niech pan posłucha tych wiwatów. Ludzie kochają taką sprawiedliwość!
- Spra-, spra-, sprawie-wiedliwość? – wykrztusił Waldemar, a zaraz potem zrobiło mu się słabo – Przecież to była rzeźnia! Jatka! Jak tak można! Każdy przecież może się pomylić! Ja też się czasem mylę!
- Słucham? – zdumiał się delikatnie mężczyzna – Nie rozumiem...
Waldemar zaś pomyślał o tym, że wśród tych krwawych szczątków znajdowała się kobieta, która podobnie jak jego żona obiecała mężowi na kolację schabowego, a podała smażone krewetki. Sam mąż, oburzony jej postępowaniem, doniósł natychmiast o tym na policję...
- I ja to wymyśliłem? – jęknął.
- Czy pan się dobrze czuje, panie prezydencie? – powachlował go chustką asystent – Przecież każde dziecko wie, że te zasady wymyślił pana pradziad Waldemar. Po przewrocie doszedł do władzy absolutnej i odłączył miasto od reszty kraju, a wtedy...
- Naprawdę? – Waldemar miał łzy w oczach, gdy myślał o swojej kochanej, a tak lekkomyślnej Karolinie – Wolę umrzeć niż to oglądać! – wypalił zdenerwowany.
- Jak sobie pan życzy! – odparł na to mężczyzna, który wcześniej przywitał go na trawniku i zręcznie poderżnął mu gardło ostrą brzytwą, wydobytą z kieszeni...
... - I czego tak wrzeszczysz? – zirytowała się Karolina, pochylając się nad mężem z gazetą w ręce. Czytała akurat o znanym aktorze, który obiecał nigdy nie grać w reklamach i właśnie pokazał się w reklamówce kefiru. – Właśnie miałam cię budzić. Machasz rękami i rozlałeś na siebie cały sok truskawkowy, który ci przyniosłam. Zdejmuj koszulkę, upiorę, ale nie obiecuję, że ta plama zejdzie!
- Nie obiecuj, kochanie, nie obiecuj! W ogóle niczego mi już nie obiecuj, dobrze? Deszcz pada! – ucieszył się Waldemar, jak człowiek, który właśnie urodził się na nowo.
- Przecież w radiu go zapowiadali, jaki ty dziwak jesteś! – wzruszyła ramionami Karolina i poszła prać.
Waldemar tymczasem podszedł do okna i spojrzał na ścianę bloku naprzeciwko. Wisiał na niej ogromny, przeogromny plakat z wyszczerzającym zęby kandydatem. Zęby kandydat miał trochę nierówne, ale wybielone, uśmiech doklejony i bardzo elegancki garnitur. Napis głosił – „Spełnimy wszystkie nasze obietnice, a nawet jeszcze więcej!”.
- Niedoczekanie! – mruknął pod nosem Waldemar – I nawet – po moim trupie!

Wszelkie prawdopodobieństwo podobieństwa jest całkowicie nieprawdopodobne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

BERLIN W LISTOPADZIE 2